piątek, 30 maja 2008

Walka z korporacjami


I am fading among my own smoke
Originally uploaded by HAMED MASOUMI

Dziś obudziłam się ze strasznym kaszlem. Poszłam do lekarza i powiedział mi: to przez papierosy! Nie może pani tyle palić! Dostanie pani raka!

No więc się nieźle wkurzyłam bo pomyślałam sobie: to świnie mi sprzedają papierosy, a ja mogę od nich umrzeć?! Tak być nie może! Nie będę wspierać korporacji, które chcą mnie zabić! I podjęłam ostateczną decyzję.

Od tej pory już nigdy nie kupię ani jednej paczki papierosów.
Od tej pory będę je już tylko kraść.

Jak chciałem zostać gwałcicielem


EPZ and Shake Shake
Originally uploaded by scotersen

Kiedyś, gdy byłem mały, zapytałem Mamę, kto to jest GWAŁCICIEL. A Mama chwilę papatrzyła na mnie, potem na Babcię, potem znów na mnie, potem na zegarek, i powiedziała, że musi lecieć do teatru. I poleciała.

No więc ja podchodzę do Babci i drążę: Babciu, kto to jest gwałciciel? A Babcia zapytała mnie, czy umyłem ręce po powrocie z roweru, trzepnęła mnie ścierką po tyłku i zagnała do łazienki.
Myślę sobie: tajmnieczy ten zawód gwałciciela, ale ja się dowiem, o co tu chodzi. Ja się dowiem!

Pobiegłem więc do Dziadzia i pytam, kto to jest gwałciciel? Ale Dziadzio odwrócony ode mnie plecami i zatopiony w fotelu, zachrapał tylko donośnie w odpowiedzi.

Co tu robić? Myślę. Co robić? Kucharka! - przypomniałem sobie i poleciałem jej szukać. Znalazłem ją w jej pokoju, akurat się przebierała. Pani kucharko, pani kucharko, kto to jest gwałciciel? Zapytałem, patrząc na jej wielki tyłek przykryty tylko koronkowymi majtkami. Ona się odróciła, pisnęła zaskoczona moim widokiem, krzyknęła: no coś mi się widzi, że ty, zuchwalcze, jesteś świetnym materiałem na gwałciciela!, i rzuciła w moją stronę jakimś wazonikiem czy inną porcelaną. Stukło się toto o framugę i resztki upadły na moje buty. Zamknąłem drzwi i ruszyłem do swojego pokoju.

Jestem świetnym materiałem na gwałciciela... Powtarzałem w myślach. Klawo! Po raz pierwszy ktoś mi mówi, że na coś się świetnie nadaję. Może to jest dla mnie jakaś opcja na przyszłość? Może to mój ratunek? Ale wciąż nie wiedziałem dokładnie, o co chodzi. Strasznie to wszystko tajemnicze.

Postanowiłem jeszcze poradzić się Taty. Gdy wrócił, zdybałem go przy dwrziach i pytam na ucho: Tato, kto to jest gwałciciel? A on spojrzał nad moim ramieniem na młodziutką pokojówkę, która na kolanach szorowała podłogę i odparł również szeptem, uśmiechając się jakoś dziwnie: to jest ktoś, kim bardzo często twój Tatuś chciałby zostać. Przeczesał mi włosy dłonią, minął pokojówkę i poszedł do swojego gabinetu.

Właśnie! Pokojówka! Moja ostatnia nadzieja. Podbiegłem do niej, z trudem powstrzymując się przed klepnięciem jej w okrągły pośladek połowicznie tylko przykryty maleńką spódniczką (lubiłem powtarzać gesty Taty, mój autorytet!), i zapytałem: "Kasieńko, Kasieńko, kto to jest gwałciciel?" A Kasieńka uśmiechnęła się do mnie słodko, nachyliła się, zasłaniając cały mój świat swoim obfitym, jędrnym biustem i szepnęła: chodź do ogrodu, zaraz ci wytłumaczę!

I tak nasza pokojówka została gwałcicielem.

Jeden


Capoera!
Originally uploaded by anton.komlev

Między nimi wszystkimi jest jakieś dziwne światło. Jakby na zetknięciu aury jednego i aury drugiego odbywały się jakieś skomplikowane mikrowybuchy, wyładowania elektryczne, powietrzne trąbki. Może ich skóra wypuszcza wchłonięte wcześniej czasteczki słońca, paruje jego promieniami, poci się światłem? Gdy zetkną się dwie aury.

One pachną wanilią i czekoladą, oni- pieprzem cytrynowym, imbirem.
One mają smak liczi, oni- włoskiego orzecha.
One mają skórę koloru miąższu melona, oni- oczy koloru miąszu kiwi, one- włosy jak porter, oni- usta jak poziomki, one- paznokcie jak migdałowe płatki, uszy jak muszelki, piersi jak tort z wisienką.
Oni wypełnieni bitą smietaną po brzegi, przelewają się, gdy rozkoszy już ukryć nie potrafią, gdy już nie mogą, gdy pękają w szwach, przeciekają.

Ja nie mam smaku orzecha ani wanilii, nie mam koloru wiórków kokosowych ani czekoladowych, jestem niedokończoną potrawą kucharza- amatora.

Widzę ich wszystkich na ulicach, śmieją się, ich aury eksplodują, pory pękają, usta łączą się (liczi! orzechy! brzoskwinie! miód! ananas!), dłonie pocierają, smyrają, uciekają, zbliżają, gonią wśród cząsteczek powietrza, pędów trawy, fal pościeli. Płyną ulicami i łożkami. Serfują wysoko nad moją głową (bez spadochronów!), nieosiągalni.

A ja tylko czasem widzę ją jak przychodzi i uśmiechnie się, i zaprasza, czasem obejmie na pożegnanie, czasem muśnie mnie jej policzek, czuję wanilię i paraliżuje mnie strach. Ale tylko na trzeźwo się do mnie zbliża, gdy coś wypije- daleka staje się, odwraca wzrok, rumienią jej się oczy i koniuszki włosów, tylko ja to widzę i czuję że ona wie, że widzę. Ucieka ode mnie całą swoją niematerialnością, ciałem pozostając w miejscu. Tańczy z innymi, rozmawia z innymi, choć wybuchów aury nie widzę, nie ma światła, wokół niej ciemno jak nocą. Do nich się nie zbliża i od nich nie ucieka. Tylko ja mam ten godny pożałowania zaszczyt. No i nie gonię jej. Nie gonię.

Po co, skoro ucieka?

środa, 28 maja 2008

Balon


. An Early Morning Departure To Epsilon Cygni .
Originally uploaded by 3amfromkyoto

Ze spokojem obserwowałam jego powolne wyłanianie się ze ściany. Lekko spękany na ramionach, lekko wilgotny na ustach, silnie pachnący konwaliami. Dopiero po chwili zorientowałam się, skąd ten zapach- białka jego oczu wypełnione kwiatami, źrenice- kwietniowe pączki wierzby, broda-wyczesane suche trawy jesiennych nieużytków. Usta pełne śniegu, orzeźwiający oddech- cztery pory roku.

Kiedy wziął mnie za rękę jak dziecko- nie, nie wyrosły mi skrzydła, tylko w brzuchu nadmuchał się balon, od spodu napełniany gorącym powietrzem, balon spowodował stan uniesienia, wokół różowe chmury. Potrącamy wróble i bociany z niemowlakami w dziobach. Proszę, niech wiatr się nie zerwie, niech piorunami nie szasta, jeszcze balon pęknie i obtłukę sobie kolana, podrę sukienkę. A taka ładna, czarna w srebrne kwiatuszki. Ma białą tasiemką wokół talii, delikatnie smyra mnie po łydkach, nie przestaję tego czuć ani na chwilkę.

I kiedy sobie lecieliśmy- pan ze ściany i ja w niepodartej sukience- to pomyślałam, że lekko mi, że lekkomyślnie, że nieuważnie i że przesłodko, ale trzeba wracać, zostawiłam garnek z kaszą jaglaną na gazie, już nawet swąd zaczynam czuć.

Zmniejszyłam swój ogień i spłynęłam, ze spokojem obserwowałam, jak on powoli wnika spowrotem w ścianę. Zdjęłam kaszę z ognia.

Za mało słona.

sobota, 24 maja 2008

Wołyń


Thuin Belgium 1945-Buchach, Vestal, Maman, Drew, Markisz, Agnes
Originally uploaded by Andrea (Drew) Bacigalupa

Byłam dziś u Babci. Spędziła większość dzieciństwa na Wołyniu niedaleko miejscowości Buczacz. Nie chce napisać o swoich wrażeniach dotyczących układów między Polakami a Ukraińcami w okolicach 41 roku ("za mało wiem na ten temat"), co mnie bardzo zasmuciło. Ale opowiedziała trochę a ja to wynotuję- dla zapamiętania. (Warto na początku zaznaczyć, że w moim rodowodze co najmniej kilka pokoleń wstecz nie było krwi ukraińskiej.)

Babcia mieszkała przez pewien czas w domu z sadem (nazywało się to miejsce "Gajami Buczackimi"). Był to majątek jej wujka. Przez kilka miesięcy w 41 roku pracowała wraz z mamą (musiały dorabiać, bo nie było wtedy z nimi taty), w szkole podstawowej w Pużnikach jako nauczycielka od kształcenia początkowego, gdzie między innymi musiała uczyć dzieci języka ukraińskiego jako języka obcego ("Nie znałam tego języka. Musiałam się dużo przygotowywać przed lekcjami, przecież dzieci znały ten język lepiej niż ja. Nigdy się go nie nauczyłam").

Pamięta, że kiedy była małą dziewczynką chodzili czasem na ludowe festyny do sąsiedniego, całkowicie ukraińskiego Żyznomierza. Pamięta, że wśród tańców i przedstawień były też małe wojskowe pokazy. Dopiero wiele lat później zorientowała się, że musiały być to tajne oddziały ukraińskiego wojska, które skrycie przygotowywały się do przyszłej walki.

W domu wszyscy służący i kucharki byli Ukraińcami. Wszyscy pracujący u wujka na polu byli Ukraińcami. Wszyscy we dworze umieli mówić po ukraińsku. Rodzina wujka Babci, mimo że czysto polska, była lubiana. Zatrudniała ok. 50 Ukraińców. Kiedyś Babcia jako mała dziewczynka widziała, jak chłopi kradną kukurydzę i powiedziała o tym wujkowi, a on na to machnął ręką- niech biorą... Babcia pamięta, że zawsze w sporach obstawał: "istnieje Ukraina" wbrew wielu głosom- że nie istnieje...

Może dlatego w czasie ukraińskich krwawych łowów- nikt ich nie zaatakował. Było parę sytuacji, gdy uprzedzano ich o zbliżających się bandach, ale nigdy nic się nie stało.

Babcia jest przekonana, że wszystko to było spowodowane głupią polityką Polski- ograniczaniem praw Ukraińców.

Później Babcię, jej mamę i przyrodnią siostrę wywieziono na Syberię. Dobrze się chyba stało- bo z Syberii wróciły, a okazało się, że po 41 całą ludność Późników (a była to czysto polska miejscowość) wymordowali Ukraińcy. Prawdopodobnie by nie przeżyły.

Takie czyste fakty (czy czyste wspomnienia?), bez pointy.

Odlatuję


Little Birdie
Originally uploaded by scotersen

nigdy mnie nie dotkniesz

bo gdy się zbliżasz
bo gdy pukasz do drzwi
bo gdy wchodzisz

mnie już nie ma

poniedziałek, 19 maja 2008

Słowo o kurze


chicken parade
Originally uploaded by AraiGordai

Dziś wyczytałam, że w tradycyjnych ukraińskich ludowych wierzeniach- kury to jedne ze świętych zwierząt. Żeby je chronić, można powiesić im w kurniku znak ochronny- kamień z otworem w środku, znaleziony w rzece lub w ziemi. Wtedy kury będą bezpieczniejsze i oczywiście płodniejsze. Wierzono także, że kiedy kury w nocy "krzyczą"- modlą się wówczas do swej ikony- kamienia.

Dowiedziałam się też, że kiedy pies wyje głową do góry- czuje wilka, a kiedy w dół- zwiastuje ludzką śmierć.

A bociany są jedynymi zwierzętami, którym nadawano imiona; jeśli ktoś zabił bociana to tak, jakby zabił człowieka.

A to jest tylko maleńki procent z tych ich wierzeń.
Kiedyś ludzie musieli mieć oczy dookoła głowy; skierowane tylko na przyrodę. Piękne życie musiało wtedy być.